top of page

Nie obiecuj mi wieczności. Zostań do rana.

15 sie
6 minut(y) czytania

Taaaakk-Siedzę na rynku z kieliszkiem wina i laptopem przed sobą a kto mi zabroni! Filip jest na dyżurze, więc wieczór należy tylko do mnie. Mogę bezkarnie oddać się w szpony mojej starej przyjaciółki — weny. Tej, która zwykle przychodzi bez zapowiedzi, najchętniej późnym wieczorem, kiedy miasto zwalnia, ludzie mówią trochę głośniej, a po drugim kieliszku wszyscy wydają się mieć ciekawsze życie.

Przy stoliku kilka metrów ode mnie siedzi dwóch facetów.

Nie wiem, czy są razem.

Może dopiero się poznali.

Jeden mówi zdecydowanie za dużo, drugi co chwilę się uśmiecha. Co jakiś czas ich spojrzenia zatrzymują się na sobie sekundę dłużej, niż powinny.

Znam to spojrzenie.

To ten moment, kiedy jeszcze nic się nie wydarzyło, ale w głowie zdążyło wydarzyć się już wszystko.

Pierwszy pocałunek.

Pierwsza wspólna noc.

Śniadanie.

Wakacje.

Święta.

Może pies.

Może mieszkanie.

Może starość.

Bo pierwsze spotkanie z drugim człowiekiem jest trochę jak hazard.

Wchodzimy do gry, wykładamy na stół czas, emocje, zainteresowanie i kilka naszych najlepszych historii. Staramy się wyglądać trochę lepiej, mówić trochę ciekawiej i ukryć wszystkie te cechy, przez które poprzedni partner kiedyś chciał nas udusić poduszką.

I liczymy na wygraną.

Nie po to przecież kupuje się los, żeby marzyć o zwrocie pięciu złotych.

Chcemy szóstki. My zresztą nigdy nie gramy o małe stawki. Nikt nie idzie na pierwszą randkę z myślą: „obyśmy mieli poprawne trzy miesiące i rozstali się w zgodzie”. Chcemy historii. Najlepiej takiej, przy której Céline zdążyłaby nagrać cały album.

Chcemy człowieka, który zostanie nie tylko do rana i nie tylko na śniadanie.

Chcemy historii.

Wielkiej.

Jedynej.

Najlepiej takiej, która nas trochę spali, trochę uratuje i jeszcze będzie dobrze wyglądała przy odpowiedniej muzyce w tle.

Bonjour.

Jedno z najprostszych słów świata.

Dzień dobry.

Cześć.

Hej.

A przecież właśnie od czegoś tak banalnego zaczynają się historie, które później potrafią zająć nam kilka lat życia.

Kiedy poznajemy kogoś nowego, nie znamy jeszcze jego milczenia. Nie wiemy, jak wygląda jego złość. Czy zostawia mokry ręcznik na łóżku. Czy potrafi przeprosić. Jak reaguje na strach. Co robi, kiedy przestajemy być fascynujący.

Na początku wszyscy jesteśmy trochę trailerem własnego filmu.

Pokazujemy najlepsze sceny.

Pełna wersja przychodzi później.

Sam nieraz lokowałem uczucia w niewłaściwych facetach.

Byłem spragniony emocji. Chciałem coś przeżyć. Poczuć. Zakochać się tak, żeby bolało, bo przez długi czas wydawało mi się, że jeśli nie boli, to może nie jest wystarczająco wielkie.

Dziś wiem, że intensywność i miłość nie zawsze są synonimami.

Ale wtedy?

Wtedy chciałem fajerwerków.

Zresztą trudno się nam dziwić.

Całe życie jesteśmy uczeni, że prawdziwa miłość musi być spektakularna.

Romeo i Julia.

Miłość aż po grób.

Disney kończący historię dokładnie w momencie, w którym dwoje ludzi zaczyna wspólnie płacić rachunki.

My, geje, też chcemy swojego wielkiego romansu. Swojego filmu. Swojej piosenki.

Nie po to Madonna nauczyła nas teatralności, a Céline Dion przez lata udowadniała, że jedno uczucie może wymagać całej orkiestry, żebyśmy potem zadowolili się byle czym.

Chcemy być tym jedynym.

Chcemy usłyszeć „na zawsze”.

Najlepiej szybko. Bo umówmy się — nikt nie wychował nas do emocjonalnej przeciętności. Disney obiecał nam księcia, Madonna nauczyła, że życie wymaga odpowiedniego wejścia, a Céline Dion sprawiła, że nawet zwykłe „tęsknię” brzmi, jakby właśnie tonął Titanic.

Problem polega na tym, że na początku każda miłość wydaje się być na zawsze.

Każdy nowy „ten jedyny” ma być już ostatnim.

Każdy związek ma trwać aż po grób.

Tylko ilu tych „jedynych aż po grób” można spotkać w jednym życiu?

Podejrzewam, że całkiem sporo.

Dopóki nie nauczymy się siebie.

Swoich granic.

Potrzeb.

Tego, czego możemy komuś dać i czego już nigdy nie zgodzimy się oddać.

Dziesięć lat temu wybierałem inaczej.

Dziesięć lat temu sam byłem kimś innym.

Potrzebowałem innych emocji, innych ludzi, innych dowodów miłości.

Dzisiaj wiem, że człowieka nie wybiera się tylko dlatego, że serce przyspiesza, kiedy pojawia się jego imię na ekranie telefonu.

Wybiera się też tego, przy kim serce potrafi zwolnić.

Pardon.

To słowo przychodzi zawsze trochę później.

Bo w końcu różowe okulary zaczynają parować.

Okazuje się, że książę z bajki ma charakter. My również, ku jego ogromnemu rozczarowaniu.

Zaczynają się pierwsze nieporozumienia.

Pierwsze rozczarowania.

Pierwszy raz ktoś nie reaguje tak, jak napisaliśmy to sobie w głowie.

I właśnie wtedy zaczyna się prawdziwy związek.

Nie przy pierwszym pocałunku.

Nie podczas pierwszej wspólnej nocy.

Tylko gdzieś pomiędzy pierwszym „wkurzasz mnie” a pierwszym świadomym „mimo wszystko chcę tu być”.

Nigdy nie zakładałem, że mój związek z Filipem będzie łatwiejszy od innych.

Nie jest.

Nie wierzę zresztą, że istnieją związki łatwe. Są raczej ludzie, którzy podejmują decyzję, że będą brać odpowiedzialność za to, co wspólnie stworzyli.

My też popełniamy błędy.

Bywamy uparci.

Czasami pewnie każde z nas jest przekonane, że życie drugiego człowieka byłoby znacznie prostsze, gdyby w końcu zaczął słuchać mądrzejszego.

Czyli oczywiście mnie.

Ale jest między nami coś, czego kiedyś nie potrafiłem docenić tak bardzo jak dziś.

Bezpieczeństwo.

Nie wielkie deklaracje.

Nie fajerwerki.

Poczucie, że mogę się rozwijać.

Że nie muszę być mniejszy, żeby drugi człowiek czuł się większy.

Że jeśli któregoś dnia świat mnie przerośnie, mam gdzie wrócić.

A kiedy odzyskam siłę, mogę znowu wyjść i robić swoje.

Może właśnie tak wygląda miłość, kiedy przestaje być głodna.

Nie pożera.

Nie zaciska dłoni.

Nie mówi: „bez ciebie umrę”.

Raczej:

„Idź. Rób swoje. Ja też zrobię swoje. Wieczorem opowiemy sobie, jak minął dzień”.

Filip jest dziś na dyżurze.

Ja siedzę sam przy winie.

I nie czuję pustki.

Tęsknię za nim, ale nie duszę się tęsknotą.

Potrafię dobrze przeżyć wieczór bez niego.

I być może właśnie dlatego jeszcze bardziej lubię te wieczory, kiedy jest obok.

Żadna diva nie przygotowała mnie na to, że miłość życia może jednocześnie być człowiekiem, którego przez piętnaście minut próbujesz przekonać, że źle wkłada naczynia do zmywarki. O tym Céline jakoś nie śpiewała.

Merci.

Dziękuję.

To chyba najbardziej niedocenione słowo w związku.

Bo na początku dziękujemy za wszystko.

Za kolację.

Za spotkanie.

Za wiadomość.

Za cudowny wieczór.

A potem człowiek staje się częścią naszej codzienności i zaczynamy traktować jego obecność jak element wyposażenia mieszkania.

Tymczasem uczucia chyba najbardziej mieszkają właśnie w tej zwyczajności.

W porannej kawie wypitej w ciszy.

We wspólnej kolacji.

W siedzeniu na balkonie bez konieczności prowadzenia fascynującej rozmowy.

W geście, którego nikt nie wrzuci na Instagram.

W wiedzy, że ktoś jest.

Dziś ludzie szukają fajerwerków.

Może zawsze szukali.

Tylko teraz łatwiej je pokazać.

Zdjęcia.

Wakacje.

Kwiaty.

Rocznice.

Pierścionki.

Wielkie deklaracje zapisane pod wspólną fotografią.

A mi coraz częściej wydaje się, że najważniejsze momenty związku są kompletnie niefotogeniczne.

Ktoś podaje ci kubek.

Przykrywa cię, kiedy zasnąłeś.

Pamięta, że czegoś nie lubisz.

Siedzi obok, kiedy nie masz nic ciekawego do powiedzenia.

Nie rozczarowuje się szarością twojej osoby.

Bo wszyscy jesteśmy trochę szarzy. To mało efektowne. Nikt jeszcze nie dostał Oscara za przyniesienie partnerowi kawy. Céline raczej nie nagra dwunastominutowej ballady o wynoszeniu śmieci. A jednak właśnie z takich rzeczy po latach składa się coś, co nazywamy miłością.

Po pierwszych kilku miesiącach opada brokat.

Zostaje człowiek.

I wtedy okazuje się, czy naprawdę chcieliśmy jego, czy tylko emocji, które przez chwilę nam dawał.

Patrzę znowu na tych dwóch facetów przy sąsiednim stoliku.

Jeden właśnie coś powiedział.

Drugi się śmieje.

Być może dziś pójdą razem do domu.

Może jutro zjedzą śniadanie.

Może za tydzień jedno z nich przestanie odpisywać.

Może za trzy lata będą kłócić się o kolor ścian.

A może za trzydzieści lat nadal będą pamiętać ten wieczór.

Nie wiem.

Oni też nie wiedzą.

I właśnie to jest w tym wszystkim najpiękniejsze.

Bo mimo wszystkich rozczarowań nadal gramy.

Nadal siadamy naprzeciw obcego człowieka i ryzykujemy.

Jeszcze raz.

Jeszcze jeden kieliszek.

Jeszcze jedno „cześć”.

Jeszcze jedno bonjour.

Bo może tym razem.

Może właśnie ten człowiek.

Może właśnie ta historia.

Tylko coraz mniej wierzę w słowo „na zawsze”.

Nie dlatego, że przestałem wierzyć w miłość.

Wręcz przeciwnie.

Chyba zacząłem ją traktować poważniej.

„Na zawsze” jest łatwe.

Można powiedzieć je przy pierwszym zakochaniu, kiedy chemia robi z naszego mózgu romantycznego idiotę.

Trudniejsze jest:

„jestem dzisiaj”.

„przepraszam”.

„dziękuję”.

„spróbujmy jeszcze raz”.

„napijesz się kawy?”.

Może wielkie miłości wcale nie powstają z jednej wielkiej obietnicy.

Może składają się z setek zwykłych poranków, podczas których dwoje ludzi po raz kolejny decyduje, że nadal chce siedzieć przy tym samym stole.

Nie obiecuj mi więc wieczności.

Nie wiem, kim będziemy za trzydzieści lat.

Nie wiem, co zrobi z nami czas.

Nie wiem nawet, czy jutro nadal będziemy patrzeć na siebie tak samo.

Obiecaj mi tylko jedno.

Kiedy zgasną światła, skończy się muzyka, różowe okulary spadną z nosa, a ja przestanę być fascynującą historią poznaną w piątkowy wieczór —

zostań do rana.

A rano zobaczymy, czy nadal mamy ochotę napić się razem kawy.

Patrząc więc na tych wszystkich ludzi przemierzających nocne miasto w poszukiwaniu swojego kolejnego bonjour, zacząłem się zastanawiać:

czy naprawdę potrzebujemy kogoś, kto obieca nam wieczność — czy może największą miłością jest człowiek, który każdego ranka, znając już całą naszą szarość, wciąż decyduje się zostać jeszcze jeden dzień?

 
 
 

Komentarze


  • Instagram

©2020 by SzeptyMiasta

bottom of page