top of page

Szept, który w końcu usłyszałem

15 sie
7 minut(y) czytania

Piątkowe popołudnia często spędzamy z Filipem pod Spodkiem. Tak było i tym razem. Siadamy na leżakach, bierzemy piwo i robimy jedną z naszych ulubionych rzeczy — obserwujemy ludzi i analizujemy ich historie.

Przewijają się przed nami jak w kalejdoskopie. Większości z nich prawdopodobnie nigdy więcej nie zobaczymy. Ktoś się spieszy, ktoś na kogoś czeka, ktoś rozmawia przez telefon tak głośno, że mimowolnie poznajemy połowę jego życia. Czasem zastanawiamy się, kim są, dokąd idą, czy właśnie się zakochali, czy może właśnie przestali.

Lubię to. Obserwować ludzi i przez chwilę wyobrażać sobie ich historie.

Katowice robią w tym czasie swoje. Tramwaje jadą dokładnie tam, gdzie mają jechać, światła zmieniają się z czerwonych na zielone, ktoś wychodzi z galerii z torbami, ktoś dopiero zaczyna wieczór.

I nagle przyszło mi do głowy, że to miasto właściwie nie zauważyło, że się zmieniłem.

Kiedy zaczynałem tutaj mieszkać, byłem innym człowiekiem.

Bardziej porywczym. Upartym. Wiecznie gotowym do walki. Z jakiegoś powodu przez dużą część życia wydawało mi się, że trzeba nieustannie udowadniać światu swoje istnienie. Że jeśli nie zawalczę o swoje miejsce przy stole, ktoś natychmiast zabierze mi krzesło.

Dzisiaj chyba nadal potrafię walczyć.

Tylko już nie ze wszystkimi.

I chyba pierwszy raz w życiu nie potrzebuję wygrywać każdej bitwy.

Może dlatego inaczej rozumiem również słowo „dom”.

Przez wiele lat dom był dla mnie czymś bardzo praktycznym. Obowiązkiem. Punktem na liście rzeczy, które dorosły człowiek powinien posiadać.

Trzeba mieć mieszkanie. Trzeba mieć stabilizację. Trzeba coś zbudować. Kupić. Spłacić. Zabezpieczyć się.

Dom bardziej przypominał mi cel finansowy niż emocję.

Dopiero teraz zaczynam rozumieć, że można mieć cztery ściany i przez całe życie nie mieć domu.

I można mieszkać w dużym mieszkaniu, które ja przekornie i uparcie nazywam „naszym małym mieszkankiem”, pełnym kwiatów, dwóch kotów, płyt, książek i wszystkich tych rzeczy, które składają się na czyjąś codzienność, i któregoś dnia odkryć, że właśnie tutaj powstało coś, czego szukało się przez lata.

Kwiaty są dla mnie czymś więcej niż dekoracją. Lubię je przynosić, przesadzać, ustawiać, obserwować, jak zmieniają przestrzeń. Filip o tym wie. Nie musi podzielać mojego entuzjazmu za każdym razem, kiedy pojawiam się w drzwiach z kolejną doniczką. Ważniejsze jest to, że szanuje, że dla mnie to ma znaczenie.

Ostatnio przyniosłem dwa nowe kwiatki.

Filip spojrzał na nie i ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu zaczął mówić po śląsku. W jego wykonaniu jest to szczególnie zabawne, bo na co dzień posługuje się właściwie nieskazitelną polszczyzną i łaciną. Zaczął więc głośno oznajmiać, że ludzie nie muszą już jeździć do Gliwic do palmiarni, skoro mogą przychodzić na Mickiewicza, bo mamy tutaj wystarczająco dużo kwiatów.

Śmiałem się.

I pomyślałem później, że być może właśnie tak wygląda dom.

Nie jak z katalogu.

Nie jako akt notarialny.

Nie jako odpowiednia liczba metrów kwadratowych.

Tylko jako człowiek stojący pośród twoich kolejnych kwiatów, żartujący z nich, ale jednocześnie wiedzący, że są dla ciebie ważne.

Domem jest też myśl, że zaraz przekroczę próg i przywitają mnie koty. Że może puścimy coś z gramofonu. Może usiądziemy na balkonie. A może każdy będzie robił coś swojego.

Nie mamy nawet szczególnych rytuałów.

I chyba właśnie dlatego je lubię.

Największa zmiana wydarzyła się jednak we mnie.

Kiedyś kochałem łapczywie.

Tak, jakby druga osoba była tlenem i trzeba było nabrać go jak najwięcej, zanim zabraknie. Jakby miłość oznaczała ciągłą obecność, potwierdzanie, zapewnianie, że wszystko jest dobrze.

Dzisiaj kocham Filipa inaczej.

Martwię się o niego. Chcę się nim opiekować. Chcę wiedzieć, że jest bezpieczny. Jestem z niego dumny, kiedy patrzę na niego jako na lekarza, ale jeszcze bardziej wtedy, kiedy patrzę na niego po prostu jak na człowieka, z którym dzielę życie.

Ale już nie potrzebuję go jak powietrza.

I to wcale nie znaczy, że kocham mniej.

Chyba przeciwnie.

Kiedy wychodzi na dyżur, potrafię cieszyć się samotnym wieczorem. Włączam muzykę, robię swoje, funkcjonuję w trochę innym rytmie. Nie siedzę przy drzwiach, czekając, aż wróci.

Może dojrzała miłość zaczyna się właśnie wtedy, kiedy przestajemy mówić: „nie mogę bez ciebie żyć”, a zaczynamy myśleć:

„Mogę. Ale chcę żyć właśnie z tobą”.

Nasza historia od początku nie była szczególnie podręcznikowa.

Dzieli nas trochę lat. Właściwie dwa różne pokolenia. Obaj mamy ciężkie charaktery i podejrzanie silną potrzebę posiadania ostatniego słowa.

Różnicę pokoleń widać zresztą czasami w najbardziej absurdalnych momentach.

Do dziś potrafimy się pokłócić o to, czy poprawnie mówi się „wartość dodana”, czy „wartość dodatnia”.

Każdy z nas oczywiście wie, że ma rację.

I każdy z nas posiada argumenty.

Problem polega na tym, że żaden nie zamierza uznać argumentów przeciwnika.

Myślę, że gdybyśmy kiedyś naprawdę mieli się rozstać, prędzej czy później jedno z nas wysłałoby drugiemu wiadomość tylko po to, żeby udowodnić, że jednak miało rację w sprawie tej cholernej wartości.

Może właśnie na tym polega nasze docieranie się.

Nie na tym, że nagle zaczęliśmy we wszystkim się zgadzać.

Tylko na tym, że nauczyliśmy się, że czasami można się nie zgodzić i mimo wszystko następnego dnia nadal zrobić sobie kawę.

Nie jesteśmy parą z reklamy.

Nie mamy idealnego życia erotycznego. Zdarzają nam się ciche dni. Potrafimy się na siebie wkurzyć. Potrafimy też bardzo skutecznie działać sobie na nerwy.

A Piotr nadal potrafi mnie zaskoczyć.

Czasem przez pół dnia jest zajęty swoimi sprawami, żeby zupełnie bez zapowiedzi podejść, przytulić mnie, pocałować albo powiedzieć, że mnie kocha.

Nigdy do końca nie wiem, kiedy to nastąpi.

I może właśnie dlatego wciąż ma to znaczenie.

Wiem też, że od początku naszego związku żyję trochę w trójkącie.

Jestem ja, Piotr i jego pierwsza wielka miłość — praca.

Przez jakiś czas chyba próbowałem z nią konkurować.

Dziś już nie próbuję.

Zaakceptowałem, że jest częścią człowieka, którego wybrałem. Tak samo jak jego charakter, jego ambicje, jego sposób patrzenia na świat i wszystkie rzeczy, które czasami doprowadzają mnie do szału.

Jednocześnie wiem coś znacznie ważniejszego: kiedy naprawdę będę potrzebował, mogę się za nim schować.

To uczucie przyszło do mnie szczególnie mocno po poprzedniej relacji. Byłem po niej poturbowany. Potrzebowałem czasu, żeby znowu uwierzyć sobie, ludziom i temu, że bliskość nie musi oznaczać ciągłego zagrożenia.

Piotr dał mi przestrzeń, żebym się pozbierał.

Nie walczył za mnie ze światem.

Dał mi jednak poczucie, że jeśli przez chwilę nie będę miał siły walczyć sam, mam gdzie się schować.

Dzięki temu któregoś dnia mogłem znowu zza jego pleców wyjść i powiedzieć światu:

Dobra. Teraz poradzę sobie sam.

I być może dlatego zmieniły się też inne moje relacje.

Przez lata miałem ludzi, których uważałem za bratnie dusze. Niektóre znajomości wydawały się nierozerwalne.

Tylko z czasem zauważyłem pewną drobną rzecz.

Telefon działa w dwie strony.

Jeżeli za każdym razem to ja pisałem pierwszy, pytałem, proponowałem spotkanie i przypominałem o swoim istnieniu, postanowiłem kiedyś po prostu tego nie zrobić.

Nastała cisza.

Najpierw dziwna.

Potem coraz bardziej naturalna.

I trwa do dziś.

Nie mam do tych ludzi żalu. Nie piszę tego ze złością. Nie tęsknię nawet szczególnie za tym, co było.

Po prostu chyba dorosłem do świadomości, że nie każdą relację trzeba ratować.

Niektóre kończą się bez kłótni, zdrady i teatralnego trzaśnięcia drzwiami.

Po prostu pewnego dnia przestajesz podtrzymywać rozmowę i odkrywasz, że po drugiej stronie od dawna nikt jej nie podtrzymywał.

Szanuję swoją przeszłość.

Nigdy nie chciałbym jej wymazać.

Nie żałuję nawet większości głupich decyzji, bo bez nich nie byłoby człowieka, który teraz siedzi pod Spodkiem z piwem w ręku i ma całkiem sporo historii do opowiedzenia.

A trochę ich mam.

Może właśnie dlatego coraz bardziej doceniam swoją młodość. Była intensywna. Czasem absurdalna. Czasami trudna. Ale dzięki niej mogę dziś godzinami opowiadać o rzeczach, przy których ktoś w końcu zapyta:

„Karol, jak ty w ogóle przeżyłeś?”.

Przeżyłem.

I nawet trochę zwolniłem.

Karol sprzed lat nie znał swojej wartości. Walczył ze światem o prawo do bycia sobą.

Dzisiejszy Karol ma — mówiąc elegancko — zdecydowanie mniejszą potrzebę konsultowania swojej wartości ze światem.

A mówiąc mniej elegancko: trochę ma świat w dupie.

Nie muszę już wszystkiego udowadniać.

Nawet polubiłem fakt, że nie uśmiecham się cały czas i czasami ktoś uważa mnie przez to za buca.

Trudno.

Człowiek nie może mieć wszystkiego.

Patrzę więc z leżaka na Katowice i zastanawiam się, kiedy to wszystko właściwie się wydarzyło.

Spodek stoi przecież tam, gdzie stał. Ludzie nadal spieszą się ulicami. Wieczorami zapalają się światła w tych samych oknach.

Miasto zmienia się wolniej niż człowiek.

A ja chyba wreszcie przestałem szukać szumu.

Oczywiście nadal lubię trochę dramy.

Nie zamierzam aż tak gwałtownie dorastać.

Ale coraz bardziej lubię spokój.

Lubię ludzi, których mam obok. Lubię poznawać nowych. Uczyć się. Rozwijać.

Lubię wracać do naszego „małego mieszkanka” na Mickiewicza, które ma tę drobną wadę, że w rzeczywistości wcale małe nie jest.

Za to jeśli nadal będę przynosił kwiaty w obecnym tempie, niedługo rzeczywiście będziemy mogli pobierać opłaty za zwiedzanie palmiarni.

I przede wszystkim lubię świadomość, że nie muszę już desperacko szukać miejsca, które nazwę domem.

Mam przestrzeń, żeby ten dom tworzyć.

Codziennie.

Z człowiekiem, którego nie kocham już łapczywie, tylko spokojnie.

Z kotami pod nogami.

Z muzyką z gramofonu.

Z balkonem.

Z cichymi dniami, pocałunkami pojawiającymi się bez zapowiedzi, sporami o wartość dodaną lub dodatnią i kolejnymi roślinami, dla których jakoś zawsze znajdzie się jeszcze kawałek miejsca.

Życie jest szybkim filmem.

Coraz mocniej to czuję.

Kiedyś wydawało mi się, że mam nieskończenie dużo czasu na ludzi, błędy, powroty, nowe początki i wszystkie te rzeczy, które odkładamy na później.

Dzisiaj wiem, że z czasem będziemy trochę wolniejsi.

Może pojawi się więcej siwych włosów.

W moim przypadku chyba nawet by mi pasowały.

Dlatego chcę brać z tego filmu tyle, ile jeszcze mogę.

Nie żałować scen, które już minęły.

Nie zatrzymywać aktorów, którzy zeszli z planu.

I nie przewijać bez końca tego, czego nie da się już zmienić.

Piotr coś mówi. Obok przechodzą kolejni ludzie. Za chwilę pewnie zaczniemy analizować życie następnego zupełnie obcego człowieka.

Katowice dalej robią swoje.

Miasto nawet na chwilę nie zatrzymało się po to, żeby zauważyć, że człowiek siedzący pod Spodkiem nie jest już tym samym człowiekiem, który kilka lat temu zaczynał tutaj swoje życie.

I chyba już tego od niego nie potrzebuję.

Wystarczy, że ja to zauważyłem.

A jeśli któregoś wieczoru Katowice naprawdę mogłyby mnie usłyszeć, powiedziałbym tylko:

Szeptaj mi swoje historie dalej.

Może kiedyś potrzebowałem ich, żeby zagłuszyć własną.

Dzisiaj wreszcie potrafię słuchać ich, nie uciekając od swojej.

 
 
 

Komentarze


  • Instagram

©2020 by SzeptyMiasta

bottom of page