Styczeń ma kolor popiołu
- Karol Kiszka

- 14 minut temu
- 4 minut(y) czytania

Styczeń zawsze był dla mnie najbardziej ponurym miesiącem. Jakby ktoś zgasił światło po świętach i zapomniał je z powrotem zapalić. Radość – jeszcze niedawno głośna, świecąca, lepka od pierników – nagle znika. Zostaje szarość. I śnieg, który nie zachwyca, tylko przykrywa.
Katowice idealnie wpisują się w ten klimat. Rynek oddycha ciszej. Jarmark, który jeszcze chwilę temu tętnił śmiechem, teraz wygląda jak scena po zakończonym spektaklu. Ludzie przeszli dalej, jakby zapomnieli, że jeszcze niedawno potrafili się cieszyć z drobiazgów. Jakby radość była sezonowa.
Handra dopada i mnie. Dni zlewają się w jedną długą, rozciągniętą linię. Szukam nowych wyzwań, ale czuję się niedoceniony jak element wystroju wnętrza. Zdemotywowany. Bezsilny. Jakby świat grał w inną grę niż ja – i nie chciał zdradzić zasad.
Poranna kawa już nie smakuje tak jak kiedyś. Więcej w niej goryczy niż ciepła. Melancholia wchodzi do głowy bez pukania. Smutne melodie robią za tło codzienności, a gdzieś w powietrzu kręci się głos Céline Dion, jakby gramofon znał mój nastrój lepiej niż ja sam.
Może styczeń nie jest tylko miesiącem. Może to stan ducha. Krótki przystanek między „było pięknie” a „może kiedyś będzie lepiej”.Melancholia zmienia filtr, przez który patrzymy na świat. To nie jest jeszcze depresja, raczej cichy stan zawieszenia. Wszystko działa, ale nic nie smakuje. Kolory są, ale jakby wyprane. Dźwięki dochodzą, lecz nie poruszają. I dokładnie tak wyglądają Katowice w styczniu.
Styczeń nie pyta o zgodę. Przychodzi i zdejmuje z człowieka warstwę ochronną – tę cienką, ale potrzebną iluzję, że „jakoś to będzie”. To czas obniżonej energii psychicznej, naturalny dołek po intensywnych emocjach świąt. Ja powiem prościej: to moment, w którym świat przestaje udawać, że jest miły.Wtedy wszystko wychodzi na wierzch. Niedopowiedzenia. Zmęczenie. Brak czułości. Brak reakcji.
I dokładnie takie są Katowice w styczniu. Miasto, które nie próbuje Cię pocieszyć. Rynek po świętach wygląda jak obietnica bez pokrycia. Jarmark zniknął tak samo szybko jak ludzie, którzy jeszcze chwilę temu śmiali się bez powodu. Została przestrzeń. I cisza. Taka, która nie koi – tylko uwypukla.
Psychologowie nazywają to efektem kontrastu emocjonalnego. Kiedy coś było intensywne, nagły spadek boli podwójnie. Radość nie znika – ona się zapada. Jak kostka brukowa po zimie. Niby wciąż jest, ale już nie da się po niej przejść bez potknięcia.
Melancholia nie jest chorobą. I to jest najgorsze. Bo skoro to „tylko stan”, to przecież powinieneś dać radę. Uśmiechnąć się. Ogarnąć. Nie dramatyzować. W końcu „inni mają gorzej”.Tyle że melancholia nie pyta, kto ma gorzej. Ona działa jak filtr na obiektywie – przyciemnia wszystko. Psychologowie mówią: zmienia percepcję, nie rzeczywistość. A ja powiem: spróbuj to wytłumaczyć komuś, kto rano pije kawę i czuje wyłącznie gorycz.
Katowice w tym stanie są idealnym lustrem. Betonowe, przygaszone, obojętne. Miasto nie współczuje. Miasto nie pyta „jak się czujesz”. Miasto trwa. I dokładnie tak samo czuję się ja – trwam, zamiast żyć.
Najbardziej boli jednak nie szarość. Boli niewidzialność.
Bo my jesteśmy świetni w funkcjonowaniu. Świetni w pomaganiu innym. W słuchaniu cudzych problemów. W byciu „tym silnym”. Jest to rola opiekuna emocjonalnego, która często kończy się wypaleniem. Ja nazwę to po imieniu: moment, w którym nikt nie zauważa, że ty też potrzebujesz, żeby ktoś się tobą zajął.
I tu Katowice znów pasują idealnie. Ludzie mijają się szybko, bez kontaktu wzroku. Każdy niesie coś swojego. Każdy jest zmęczony. Każdy zakłada, że ten obok „ogarnia”. A może nie ogarnia. Może właśnie rozpada się po cichu, między jednym przystankiem a drugim.
W tle leci All by Myself i nagle to nie jest patos. To jest dokument. “Hard to be sure, sometimes I feel so insecure” – i to zdanie trafia mocniej niż jakakolwiek diagnoza. Bo melancholia to nie płacz. To niepewność, czy jeszcze komuś zależy.
Mówi się że w takich stanach najbardziej boli brak bezpiecznej bliskości. Nie potrzebujesz rozwiązań. Nie potrzebujesz motywacyjnych tekstów. Potrzebujesz kogoś, kto usiądzie obok i nie będzie próbował Cię „naprawić”.
Katowice nie naprawiają. One są. Zimne ławki na rynku, puste ulice, światła odbijające się w mokrym asfalcie – wszystko mówi: radź sobie. I ja sobie radzę. Tylko że radzenie sobie to nie to samo co bycie zaopiekowanym.
Melancholia jest szczera do bólu. Obnaża relacje. Pokazuje, kto pyta z obowiązku, a kto z troski. Kto słucha, a kto tylko czeka na swoją kolej, żeby mówić. Czas selekcji emocjonalnej. Ja powiem: to moment, w którym dowiadujesz się, jak bardzo jesteś sam w tłumie.
I nie – to nie jest wołanie o litość. To jest komunikat. Ostry. Bezpośredni. Niewygodny. Że ja też czasem chcę być czyimś problemem, nie tylko rozwiązaniem. Że ja też chcę, żeby ktoś zapytał „jak się masz” i naprawdę poczekał na odpowiedź. Że nawet jeśli wyglądam na stabilnego – to w środku bywam kruchy jak styczniowy lód.
Katowice uczą jednej rzeczy: nie wszystko musi być ładne, żeby było prawdziwe. To miasto nie obiecuje ciepła. Ono uczy przetrwania. A ja w tej melancholii uczę się mówić wprost – że potrzebuję bliskości. Że potrzebuję, żeby ktoś się o mnie zatroszczył. Choćby na chwilę.
Psychologowie powiedzą: to minie.
Miasto powie: przyjdzie wiosna.
A ja mówię: zauważ, zanim zrobi się cieplej i znów będzie za późno.




Komentarze